Wyspy Kanaryjskie cz.2 – Fuerteventura

Wylądowaliśmy ok. godz. 10:00 na lotnisku na Fuerteventurze. Autobusem pojechaliśmy do najbliższej większej miejscowości – Puerto del Rosario. Jest to główny węzeł komunikacyjny na wyspie i jednocześnie stolica administracyjna.Znajduje się tu pętla autobusowa, z której można dojechać komunikacją autobusową do większości miast na wyspie. W związku z potrzebą ruchu po kilku godzinach w ciasnym samolocie i oczywiście pragnieniem wrażeń i słońca, spędziliśmy w miasteczku dłuższą chwilę, zwiedzając każdy jego zakamarek. Bardzo sympatyczne miejsce na spacery. Albo na siedzenie nad wodą i wygrzewanie się. Nic specjalnego jednak tam nie ma. Nie jest to też miejscowość turystyczna, więc ludzie z plecakami wyglądają tam dość dziwnie. Nie mieliśmy potrzeby aby zostać tam dłużej. Tym bardziej, że mieliśmy już zaplanowany nocleg w Corralejo, na północnym krańcu wyspy. Wsiedliśmy więc do autobusu i ruszyliśmy.

DSCN1168
Ulica w Puerto del Rosario
DSCN1172
Jedno z kilku pomalowanych krzesełek na deptaku przy morzu w Puerto del Rosario

Po południu dotarliśmy na miejsce. Było niesamowicie gorąco. Wtedy przekonaliśmy się, że najcieplejszą porą w tym klimacie nie jest samo południe, a właśnie okolice godz. 15. Poza tym, jak się później okazało, był to najcieplejszy i najmniej wietrzny dzień od dawna. A my, z plecakami na plecach, w pełnym słońcu, szliśmy przez Corralejo szukając naszego surferskiego hostelu. Na miejscu okazało się, że (jak większość innych miejsc) ma basen. Od razu z niego skorzystaliśmy. Sam hostel (La Fresa – po polsku truskawka) był całkiem przyjemny, mieliśmy swój pokój z wyjściem na wspólny duży taras, z którego dopiero wchodziło się do głównego budynku. W cenę wliczono śniadanie (chleb tostowy i dżem ;)). Zauważyliśmy jednak, że wysoka kultura techniczna i dbałość o detale to nie jest mocna strona Hiszpanów. Wiele uszkodzeń w budynku było naprawiane w sposób mało fachowy i  nie koniecznie skuteczny, ale do tego trzeba się po prostu na Kanarach przyzwyczaić. Był to za to dobry punkt noclegowy – na obrzeżach miasteczka, blisko marketu, niedaleko morza i głównej części miejscowości, a także nie tak daleko wielkich plaż i popularnych wydm będących częścią Parque Natural Corallejo (czy też Parku Narodowego Dunas de Corallejo).

DSCN1205
Ogrodzenie posiadłości jakiegoś artysty, na trasie między Corallejo a wydmami
DSCN1193
Pusta plaża

Park ten to wiele kilometrów piasku. Pięknego, jasnożółtego piasku przywianego tutaj prosto z Sahary. Do Afryki jest stąd bowiem ok. 100km, więc dla silnego wiatru to żadna odległość. Spacer po wydmach pozwala poczuć się jak na pustyni. Sama plaża jest natomiast na tyle ogromna, że mieści zarówno zatłoczoną część hotelową z leżakami, bardziej popularne miejsca w pobliżu przystanku autobusowego, gdzie przyjeżdżają autobusem turyści z pobliskich miejscowości, jak i puste przestrzenie umożliwiające samotny relaks. Naszym hitem tej plaży był starszy, bardzo mocno opalony pan, który mieszkał w jednej z „baz”, czyli okręgu zrobionym z kamieni i piachu, prawdopodobnie w celu ochrony przed dość daleko wchodzącą podczas przypływów wodą. Pan miał w swoim „domku” kilka reklamówek z jakimiś rzeczami. Paradował jednak nago. Czasem uśmiechał się do ludzi, podchodził, coś im pokazywał. Co jakiś czas przychodziła do niego młoda, mówiąca po francusku kobieta, która przynosiła mu jedzenie i z nim rozmawiała. Co do samego paradowania nago, na plażach Corralejo można bez problemu zrzucić z siebie strój kąpielowy i nikt nie robi z tego sensacji. Zresztą bardzo dużo plażowiczów korzysta z tej okazji, co i my polecamy.

DSCN1207
Rzeźba w Corallejo, w tle centrum handlowe

W samym Corallejo nie ma zbyt wielu atrakcji, jak zresztą na całej wyspie. Turyści korzystają głównie z plaż i przybrzeżnych knajp. Przez miasteczko wiedzie też główna aleja, przy której mieszczą się liczne sklepiki, knajpki, punkty z masażem i wiele innych skierowanych do turystów usług. To miejsce zaczyna żyć wieczorem, gdy ludzie schodzą z plaż, i świeci się do późnych godzin nocnych. Dla osób chcących zrobić sobie przerwę od słonej wody dobrą propozycją będzie park wodny z wieloma zjeżdżalniami. My tam jednak nie byliśmy, więc nie będziemy o nim opowiadać. Corallejo zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Niby kurort, ale jednak zupełnie inny niż te dobrze nam znane. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Są miejsca na rozrywkę, relaks, spacery, kąpiele, no i oczywiście jedzenie. Chętnie tam wrócimy przy okazji następnej podróży na Kanary (bo taka na pewno będzie!). Ale jak zwykle nie na długo, bo my nie z tych, co siedzą całe wakacje w jednym miejscu 😉

DSCN1211
Odpływ – popularne zjawisko

Jeśli ma się trochę czasu podczas pobytu w północnej części wyspy, można wybrać się na Wyspę Lobos. To malutka, niezamieszkana wyspa, która niespecjalnie różni się od głównego lądu, ale na pewno jest urozmaiceniem pobytu. Można wybrać się na własną rękę lub skorzystać ze zorganizowanej wycieczki. Promy z Corallejo pływają w tę i z powrotem kilka razy dziennie. Z portu wypływają też promy w inne strony, na przykład na kolejną wyspę – Lanzarote. Ale o tym opowiemy w następnym wpisie. Już za kilka dni! 😉

DSCN1181
Dworzec autobusowy w Puerto del Rosario
DSCN1171
Kolejne artystyczne krzesełko z Puerto del Rosario

 

Jak to wszystko się zaczęło przeczytasz tutaj: Wyspy Kanaryjskie cz. 1

A co było dalej tutaj: Wyspy Kanaryjskie cz. 3 – Lanzarote

2 myśli na temat “Wyspy Kanaryjskie cz.2 – Fuerteventura

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s