Wyspy Kanaryjskie cz. 4 – Przygoda na promie

W poprzednim odcinku naszych przygód na wyspach Kanaryjskich, opowiedzieliśmy trochę o tym, jak i dlaczego znaleźliśmy się w okolicach portu w Arrecife. Chcieliśmy dostać się na prom płynący na La Palmę. Tak, na wyspę oddaloną od Lanzarote o prawie 400 kilometrów w linii prostej. Zdecydowaliśmy się na prom, ponieważ wypadał dość korzystnie cenowo, płynął 32 godziny (ale na pokładzie mieliśmy kabinę sypialną i posiłki, o których dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu, więc akurat my zapakowaliśmy własny prowiant). Prom miał wypływać z Arrecife o północy w środę i być w piątek rano w Santa Cruz de la Palma. Do tego w czwartek rano kilkugodzinny postój w Las Palmas de Gran Canaria, a po południu kolejne parę godzin w Santa Cruz de Tenerife. Tak naprawdę samego płynięcia czekały nas tylko dwie noce (które i tak mieliśmy przespać) i kawałek dnia. Podczas postojów, mieliśmy mieć możliwość zwiedzenia okolicy, także traktowaliśmy to jako rejs wycieczkowy. A jak było naprawdę?

Port w Arrecife

Biuro firmy obsługującej nasz prom (Trasmediterranea) miało zostać otwarte 1.5h przed planowym odpłynięciem. Co ciekawe, do samego portu wpuszczono nas niewiele wcześniej. Oczywiście o czasie, w biurze nikogo nie było. Była za to otwarta poczekalnia. Mogliśmy więc posiedzieć sobie w ciepełku. Prawie godzinę po planowym czasie otwarcia biura do budynku wszedł on. Bez wątpienia hiszpan, ze starannie ułożonymi siwymi włosami. Niespiesznym krokiem przeszedł przez salę uważnie przeglądając się w każdej szybie i poprawiając sobie włosy. Otworzył drzwi swojego biura, włączył komputery i wygodnie rozsiadł się w fotelu.

Osoba, która była przed nami w kolejce podeszła do okienka, aby wymienić swoje bilety elektroniczne na karty pokładowe. Przyglądaliśmy się temu bacznie. Rozpoczęła się dość długa tyrada w języku hiszpańskim, w którą włączyli się kolejni pasażerowie. My niestety rozumieliśmy z tego niewiele, więc po opadnięciu zamieszania sami podeszliśmy do okienka. Łamanym hiszpańskim udało nam się dowiedzieć, że prom ma tre ora opóźnienia i gość nie może nam teraz wydać karty pokładowej. Wróciliśmy na swoje miejsca. Po jakiejś godzinie, może półtorej okazało się, że prom jest już niedaleko, więc mogą nam zostać wydane karty pokładowe. Wpisana na nich została obiecująca godzina wypłynięcia: 1:30 – to raptem dwie godziny po planowanym terminie. Zmęczeni, ale pobudzeni myślą, że już niebawem będziemy mogli wsiąść na prom, wróciliśmy do czekania. Po jakimś czasie przez okno zobaczyliśmy, że w pobliżu wejścia do portu widać światła promu. Zaraz będzie, wydawało się. Otóż nie, proces przybijania do brzegu trwał i trwał. Potem rozładunek. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że nie wypłyniemy raczej wcześniej niż w okolicach 3 nad ranem. W końcu udało się. Zapakowaliśmy się na prom. Załoga obiecała że nadgoni stracone godziny. Zmęczeni szybko poszliśmy spać w naszej kabinie. Okazało się, że jest w niej okropnie duszno, ale nie mieliśmy już siły nic z tym zrobić.

Atencion, Atencion!

Godzina 6 rano. Z głośnika umieszczonego w naszej kajucie rozlega się kobiecy głos: Atencion, Atencion, Pasajeros…. nic więcej z hiszpańskiego nie rozumiemy i nie wiemy co dalej mówi ta Pani. Wyrwani ze snu mamy tylko jedną myśl, coś się stało, toniemy, ewakuacja! Z prędkością wyborowego żołnierza wrzucamy na siebie wszystkie ubrania i rzucamy się w stronę wyjścia z kajuty. W tym czasie pani zaczyna mówić łamaną angielszczyzną, że pasażerowie płynący na Gran Canarię, mają przesiąść się do promu firmy Armas, który stoi obok, pasażerowie płynący na Teneryfę mają czekać, a pasażerowie płynący na La Palmę zgłosić do informacji. Uspokojeni wyszliśmy do głównego holu. A tam, rwetes. Masa krzyczących Hiszpanów, kolejka do informacji sięgająca kilometra. Okazało się, że na Kanarach w takich sytuacjach obywatele zawsze piszą skargi. I do firmy i do Gobierno Canarias, czyli tamtejszego rządu, który dość prężnie stara się dbać o prawa konsumenta. Podobno przez wiele lat była to kwestia bardzo zaniedbywana, więc teraz ludzie piszą skarg ile się da, licząc na możliwość poprawy sytuacji. Tak czy inaczej, właśnie przez tych ludzi, osoby które do informacji miały się zgłosić nie mogły się do niej dopchnąć. Zajęliśmy miejsce w kolejce, a Aga wyszła na dwór zobaczyć gdzie jesteśmy. Obstawialiśmy, że udało nam się dopłynąć chociaż na Gran Canarię. Wróciła nie wierząc własnym oczom. Zobaczyła oczywiście dobrze nam znany port w Arrecife. W końcu udało nam się dopchnąć do informacji. Dowiedzieliśmy się, że prom niebawem ruszy, mają drobną usterkę do opanowania. Wróciliśmy więc do swojej kabiny i poszliśmy spowrotem spać.

Atencion, Atencion 2

Pospaliśmy może ze dwie godziny. Znów obudził nas znany już głos. Nie byliśmy aż tak przerażeni jak ostatnio. Łamana angielszczyzna, po raz ostatni (później komunikaty były już tylko po hiszpańsku) oznajmiła nam, że pasażerowie płynący na Teneryfę też przesiadają się do drugiego promu, a Ci co jadą na La Palmę, muszą zgłosić się po informacje. W recepcji dokładnie taka sama sytuacja jak wcześniej. Ludzie zamiast przesiadać się na drugi prom wypełniają rozliczne formularze reklamacyjne. Nam udaje dowiedzieć się, że nadal mamy czekać na rozwój wydarzeń. Warto tutaj wspomnieć, że obsługa promu raczej nie mówiła po angielsku. No, może parę słów, ale to tylko wtedy, kiedy nie mieli ochoty nas spławić. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po pokładzie. Pan z obsługi zgarnął nas na śniadanie (które jak się okazało mieliśmy w cenie). Po posiłku znowu udaliśmy się do recepcji. Było nas tam już tylko około 20 osób (tylko tyle z pasażerów płynęło na La Palmę). Pojawiła się Pani z obsługi, która wyjaśniała coś po Hiszpańsku. Niewiele zrozumieliśmy. Na szczęście obok nas pojawił się Brytyjczyk Mike, wraz ze swoją żoną Gotzone (Hiszpanką). Mieszkają od wielu, wielu lat na la Palmie. Mike ni to zapytał. ni stwierdził. że chyba nie wiele z tego rozumiemy, prawda? My przytaknęliśmy, widząc w nim swoją nadzieję. Przetłumaczył nam, że w tej chwili idziemy do biura znajdującego się w porcie, żeby negocjować różne możliwości z kimś wyżej postawionym z firmy Trasmediterranea.

Negocjacje w porcie

Specjalnie dla nas do portu przyjechała kobieta ubrana w kwiecistą sukienkę. Na oko jakaś manager z biura w Arrecife. Oczywiście nie umiała ani słowa po angielsku. Dowiedzieliśmy się, że mamy 3 opcje. Albo możemy sobie iść, ale wtedy firma ma nas gdzieś i nic nam nie refunduje, albo możemy zostać na promie i czekać, aż zostanie naprawiony, albo mogą nam załatwić samolot. Opcja z samolotem bardzo nam się spodobała, ale dzięki tłumaczeniom Mike’a dowiedzieliśmy się, że odlot jest za 15 minut w innej części wyspy, a tak w ogóle to nie ma na niego żadnych wolnych miejsc. Ale oczywiście mogą nam załatwić transport na lotnisko, zostawić nas tam i będziemy się sami martwić co dalej. Najlepszą opcją wydało się pozostanie na promie. Tak też zrobiliśmy. Dzięki negocjacjom innych współpasażerów udało się załatwić open bar na wszystko co było dostępne w promowych barach. Także mogliśmy do woli jeść i pić (także alkohol). Z początku wydało nam się to całkiem fajne, wakacje All inclusive na statku wycieczkowym. Ale do czasu.

Garść nic nie wartych informacji

Regularnie stawialiśmy się w recepcji statku, żeby dowiedzieć się kiedy w końcu wyruszymy. Informacje, które dostawaliśmy były różne. Że prom jest całkowicie zepsuty, że jest tylko trochę zepsuty, że zaraz przyjadą mechanicy z Gran Canarii i naprawią, że raczej nie naprawią itd. Ogólnie okazało się, że na statku zepsute są generatory potrzebne do uruchomienia głównego silnika napędowego. Po prostu kapitan nieopatrznie zgasił silnik podczas postoju w Arrecife i nie udało się go powtórnie odpalić. Podobno ta usterka zdarzała się na tym statku już nie raz, nawet kilka razy na środku morza (!) Spędzaliśmy więc dzień, coraz lepiej integrując się z promowym towarzytwem. Zostało nas przecież na tym statku raptem 20, może 25 osób. Było starsze małżeństwo z Holandii, które jechało układać sobie życie na La Palmie, Niemka z dzieckiem, trochę Hiszpanów (w tym wspaniały Julio, o którym więcej zaraz) i niezwykle pomocny Brytyjczyk z żoną, o którym pisaliśmy już wcześniej. W międzyczasie nauczyliśmy się, jak w Hiszpanii załatwia się różne sprawy. Nie działała nam klimatyzacja w kabinie. Poszliśmy więc do recepcji poprosić o naprawienie tego. Pan z obsługi odpowiedział nam, że we wszystkich kabinach tak jest, więc nic się nie da zrobić. Mike powiedział nam, że jednak u nich w kabinie jest przyjemnie chłodno. Poszliśmy więc jeszcze raz do recepcji z jego wsparciem. Okazało się, że tym razem dało się coś zrobić z klimą. Pani wzięła wielki klucz i ustawiła nam wianie na maksa. Z sauny nasza kajuta zmieniła się w lodówkę 🙂 Także jak chcecie coś od Hiszpana, albo Hiszpanki, to po prostu musicie poprosić kilka razy. Za pierwszym najprawdopodobniej was spławią.

Wypływamy, albo nie wypływamy

W ciągu dnia wielokrotnie mijaliśmy się z umorusanymi smarem mechanikami. Obsługa do pewnego momentu zapewniała nas, że prom niebawem ruszy, dlatego też nie pozwalali nam wyjść pozwiedzać jeszcze trochę Lanzarote. Po pewnej godzinie jeden z oficerów (jak się potem okazało oficer kuchenny), dał nam znać, że usterka jest tak duża, że na 99% prom nie wypłynie i popłyniemy rano Armasem. Jednak przez ten 1% szans musieliśmy pozostać dalej na pokładzie. Wieczorem dostaliśmy informację, że coś się udało naprawić i prawdopodobnie wyruszymy na 40 minutowy test w okolice portu, żeby zobaczyć czy na pewno działa. Jak będzie działało, to popłyniemy na La Palmę, jak nie, to wrócimy (albo raczej się rozbijemy o skały, bo przecież prom bez silnika nie ma żadnej sterowności). Trochę zmrożeni tą wizją (i klimatyzacją), zaczęliśmy mieć nadzieję, że jednak nigdzie nie popłyniemy. Szczególnie, że zbliżała się noc. Tutaj warto dodać, że załoga zapewniała nas, że ze względu na to, że pozbyliśmy się pasażerów płynących na Gran Canarię i Teneryfę, możemy udać się prosto w kierunku La Palmy. Rejs bezpośredni miał nam zająć około 10-11h, więc cały czas mieliśmy możliwość znalezienia się w Santa Cruz de La Palma o czasie, czyli w piątek rano. Znów poszliśmy spać. Około 1 w nocy obudziły nas silne wibracje. Wyszliśmy z kabiny, okazało się że wypływamy. Tak, tym statkiem, który dopiero co był bardzo mocno zepsuty i na 99% nie nadawał się do płynięcia gdziekolwiek. Oficer kuchenny uspokajał nas, że jego szef go zapewnił: statek jest w 100% bezpieczny. Zachęcał nas jednocześnie do skorzystania z oferty alkoholowej w barze. Byliśmy zestresowani, ale również trochę zadowoleni, że będziemy na La Palmie na czas. Trochę szkoda, że nie udało się zwiedzić Las Palmas, i Santa Cruz de Tenerife, ale trudno. Mieliśmy jeszcze tam wrócić. Rozmowa z oficerem kuchennym nas jednak przywróciła do pionu. Płyniemy na Gran Canarię i Teneryfę, bo poza ludźmi przewozimy też towary, które trzeba dostarczyć. W portach nie będziemy mogli wysiąść, bo tak szybko jak tylko skończy się przeładunek, będziemy płynąć dalej. Planowany czas dopłynięcia na La Palmę – noc z piątku na sobotę.

Mglista Gran Canaria i słoneczna Teneryfa

Gdy obudziliśmy się rano, staliśmy już w porcie w Las Palmas. Pogoda była podła. Wilgotno i pochmurnie. Mike wytłumaczył nam, że miasto zostało specjalnie zbudowane w miejscu, gdzie zazwyczaj jest chmura. Dzięki temu, można w nim normalnie żyć, nie umierając z gorąca.

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że najprawdopodobniej na La Palmę uda się dopłynąć do północy dnia bieżącego. Nie byliśmy tym faktem zachwyceni, ponieważ kolejny nocleg mieliśmy mieć po drugiej stronie wyspy. Odwołaliśmy go, ponieważ wcześniejsze doniesienia sugerowały, że jednak noc (a przynajmniej jej dużą część) spędzimy na promie. Żeby nie robić więcej zamieszania nasza znajoma Gotzone (rodowita Hiszpanka) zadzwoniła do Yvone (która nie mówiła po angielsku), u której mieliśmy zarezerwowany nocleg. Okazało się, że nie ma większego problemu i jak uda nam się dotrzeć do niej nawet w środku nocy w piątek, to przyjmie nas pod swój dach. Wspaniale. Ale jak w środku nocy dostać się na drugi kraniec wyspy? Okazało się, że wśród pasażerów promu jest jeden Hiszpan – Julio, który w ogóle nie mówił po angielsku. Co ciekawe po kolejnym dniu na promie przypomniał sobie, że jednak zna parę słów. Tak czy inaczej okazało się, że mieszka on właśnie po drugiej stronie wyspy i bez problemu może nas tam podwieźć w środku nocy. Ucieszyliśmy się bardzo, nie wiedząc jak mu dziękować (ze względu na barierę językową)

Po południu zatrzymaliśmy się w Santa Cruz de Tenerife. Początkowo obiecano nam, że będziemy mogli wyjść tam na krótki spacer. Gdy jednak podeszliśmy do wyjścia, usłyszeliśmy kategoryczne „nie, nie wiemy kiedy odpływamy, musicie zostać”. Chwila negocjacji sprawiła jednak, że pozwolono nam na półtoragodzinne opuszczenie statku. Zmęczeni już niewielką przestrzenią, na której trudno było porządnie rozprostować kości zafundowaliśmy sobie ekspresowe zwiedzanie najważniejszych miejsc i uliczek w Santa Cruz. Bardzo ładne miasto, do którego jeszcze wrócimy.

W końcu – La Palma

Wieczorem ruszyliśmy w drogę do Santa Cruz de La Palma. W dość dobrych nastrojach, ale jeszcze niepewni czy statek tą drogę wytrzyma, znudzeni snuliśmy się po pokładzie. Pod koniec podróży Mike zaproponował drinka na pożegnanie ze statkiem. Rozstaliśmy się w dobrych nastrojach. Prom zacumował, a my razem z Julio opuściliśmy w końcu jego pokład. La Palma była dla nas jak ziemia obiecana.

Co było dalej? Czy na La Palmie nam się podobało? Czytajcie w kolejnych częściach naszych kanaryjskich przygód 😉


zdjęcie główne: http://www.cruisemapper.com

2 myśli na temat “Wyspy Kanaryjskie cz. 4 – Przygoda na promie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s