Wyspy Kanaryjskie cz. 9 – koniec podróży

Znów byliśmy w Berlinie. Przejechaliśmy S-bahnem na dworzec główny. Oj tak, lubimy Berlin. Nie zmienił tego nawet jakiś dziwak, który chciał od nas kasę. Zaczepiał wszystkich w pociągu i ich straszył. W końcu sobie poszedł i można było odetchnąć. Od momentu wyjścia z samolotu zastanawialiśmy się nad zostaniem jeszcze dnia czy dwóch w stolicy Niemiec. Niestety ostatecznie ceny noclegów skutecznie nas odstraszyły. Pogoda też. Poza tym byliśmy na wakacjach już miesiąc i nawet trochę nam się chciało przespać we własnym łóżku. Choć nie ukrywam, do kraju wracać nie chcieliśmy. Jakoś nie nasze klimaty.

Na dworcu kupiliśmy w automatach bilety na pociąg do Polski. Kosztowały więcej niż lot na Kanary. Zjedliśmy też obiad w Mc’u, kupiliśmy prowiant na drogę i ruszyliśmy na wschód. Podróż była całkiem przyjemna, na pewno o niebo lepsza od tej miesiąc wcześniej (opiszemy to jeszcze na blogu). Nie zabrakło elementu urozmaicającego tę przejażdżkę. Blisko nas siedziała dziewczyna, chyba Niemka. Jechała tak jak my, z Berlina do Warszawy. Miała ze sobą trochę tobołków – walizkę, torbę, kilka toreb ze sklepów z ubraniami i dwa pudełka. Żeby zmniejszyć ilość bagażu postanowiła przepakować nowe ubrania ze sklepowych torebek do walizki. Okazało się to jednak bardzo trudne, bo w walizce zupełnie nie było miejsca. Przez kolejną godzinę przekładała więc rzeczy między plastikowymi torbami a walizką, między walizką a podręczną torbą, między podręczną torbą i plastikowymi torebkami. I tak w kółko. Ilość bagażu delikatnie się zmniejszyła, choć ewidentnie nie tak jak by chciała jego właścicielka. Zmęczona przekładaniem ubrań zostawiła więc ten temat i przeszła do pudełek. Okazało się, że w jednym z nich były 2 filiżanki i 2 talerzyki. Drugie z kolei było trochę większe i ładniejsze, ale puste. Pojawiła się jeszcze jedna torba zawierająca papierowe trociny, wstążki i tego typu pierdółki. Dziewczyna podjęła próbę wypchania trocinami pustego pudełka i ułożenia w nim filiżanek i talerzyków. Niby proste. A jednak nie. Nijak jej się to nie chciało zmieścić. Przekładała, dokładała, wyjmowała, wkładała, układała. Nigdy pudełko nie chciało się zamknąć. Nie wiadomo dlaczego nie mogła wyjąć części trocin tak, aby zrobić miejsce na filiżankę. Widocznie ilość tych kawałków papieru miała ogromne znaczenie. Poddała się w końcu na chwilę, odłożyła na bok i wróciła do przekładania ubrań, aby wszystkie zmieściły się do walizki. Po jakimś czasie wróciła do pudełka z filiżankami. I tak przez całą drogę. My zaczynaliśmy już płakać ze śmiechu. W Warszawie dziewczyna wysiadała z pociągu. Z mnóstwem tobołków i niedomkniętym pudełkiem 😉

My także opuściliśmy pociąg i wróciliśmy do naszego mieszkanka marząc już tylko o tym, żeby porządnie się wyspać. Długo będziemy wspominać wyjazd na Kanary. Z niecierpliwością czekamy na kolejny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s